Kilka lat temu, kiedy dużo czytałem, medytowałem, rozważałem
słowa mistrzów i wydawało mi się, że jestem człowiekiem oświeconym, buddą,
zakradła mi się w świadomość najpierw nieśmiała myśl, na którą początkowo nie
zwróciłem, bo nie chciałem, uwagi, ale która zaczęła wracać i niepokoić mnie coraz
częściej i częściej: CZY JA NIE SYMULUJĘ PRZEBUDZENIA?
No bo jak to działa? Trafiasz w środowisko takich jak sam,
co niektórzy są bardziej zaawansowani, tak przynajmniej wyglądają. Tworzysz sobie
w świadomości pewien szablon człowieka przebudzonego – jest ten człowiek taki a
taki, mówi tak a tak. Następnie zaczynasz dostosowywać się do szablonu. Coraz
więcej i więcej rozumiesz, zdobywasz nowe umiejętności i nawyki. Już sam
zaczynasz mówić jak Patriarcha. Masz ogromne doświadczenie. Nawet już parę osób
zaczyna cię słuchać, kiedy coś mówisz, a nawet chwalić. Zaczynasz mądrze
interpretować słowa sutr i Patriarchów. Czytając je, masz wrażenie, że mówią
one o tobie. Obserwujesz niesamowity wzrost. Próbujesz potwierdzić sam dla siebie
swoje przebudzenie na każdym kroku – oto koledzy z pracy mnie w ogóle nie
rozumieją, oto nowy chłopak jest tak zielony, że oczywistością jest, że przed
nim jest długa droga, aż on zrozumie to, co my, ja i Patriarchowie, mówimy. W
ogóle, czekasz, aż wszyscy zauważą i uznają twoje przebudzenie.
W klinicznej psychologii jest takie pojęcie jak indukcja objawów. Dość ciekawa rzecz.
Okazuję się, że jeśli całkowicie zdrowego psychicznie człowieka zamknąć na
jakiś czas z chorymi, dajmy na to, z zespołem maniakalno-depresyjnym, to po
jakimś czasie człowiek przejmuje od chorych objawy ich choroby. Objawy – nie chorobę.
Po skończeniu eksperymentu zachowanie tych ludzi całkowicie wracało z upływem
czasu do normy. Całkowicie zdrowi ludzie nieświadomie przejmowali objawy,
zachowania chorych.
Nasz umysł trafiając w nowe środowisko zawsze próbuje
przystosować się do niego. Jeśli uzna coś za wartość, a nawet wartość
najwyższą, będzie dążył do osiągnięcia celu. Czasami za wszelką cenę. Będzie
tworzył wizje i ekstazy, jeśli bardzo będziemy chcieli zobaczyć bogów; będzie
kierował naszym zachowaniem, żeby dostosować je do swoich ideałów. Będzie
utożsamiał się z nim. Będzie próbował stworzyć stan umysłu buddy. Ponieważ wie,
że to pożądanie, również stanu buddy, oddala od tego stanu, będzie udawał
obojętność. Jednym słowem – będzie tworzył objawy, czasami nawet kliniczne. Linji powiedział kiedyś do swoich nie wiele co rozumiejących mnichów: Jeśli
postanie przed wami Budda i Mara pod postacią Buddy to wy nawet nie będziecie w
stanie ich odróżnić.
Pewien Rosjanin zrobił u siebie w garażu dokładną kopię
Rolls-Royce’a na bazie swojego trzydziestoletniego Mercedesa, używał tylko waty
szklanej i farb. Było nie do odróżnienia. Aż nie sprawdził go na drodze milicjant
i nie kazał odholować samochód na parking milicyjny. Rzeczywistość w takich
przypadkach boli.
No i jeszcze. Wszystko to przynosiło mi wiele cierpienia. Umysł
nie mógł pozwolić sobie zgodzić się z myślą o symulacji. Ten rozdźwięk męczy.
Sprawdź siebie. Oto pytanie: Między czym a czym powstaje
rozdźwięk powodujący w tym przypadku cierpienie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz